Performance

Postawangardowe performances Piotra Pasiewicza /tekst Marta Motyl

 

Performance jest takim rodzajem ekspresji twórczej, który sygnalizuje zwykłą egzystencję i ujawnia ją w niezwykłym działaniu. Często nie pozostawia po sobie materialnych śladów. Piotr Pasiewicz godzi się z jego właściwościami i korzysta z nich. Przepuszcza przez filtr osobowości twórczej czas i przestrzeń, w których dokonuje akcji performerskich. Ta ostatnia stanowi ich najważniejszą część.

Obszarem działań w 2012 i 2013 r. artysta uczynił opuszczone fabryki i kamienice, tzw. pustostany. Podobne miejsca preferował Allan Kaprow, jeden z czołowych performerów powojennej awangardy. W Łodzi są one nieodłącznymi elementami krajobrazu. Niszczejące, zarastające roślinnością budynki znajdują się na granicy między cywilizacją, a naturą. Na ich murach Pasiewicz malował sprayem organiczne kształty. Ekspresyjne linie biegły jedna za drugą. Komórki plastycznych organizmów rozmnażały się. Ukończone dzieło nadal nosiło w sobie ich żywotność i dynamikę. Twórca dokonywał więc obudzenia życia tam, gdzie ono pozornie zamarło . W jego akcjach nie brała udziału publiczność. Najczęściej towarzyszyła mu jedna osoba, która utrwalała prace za pomocą aparatu fotograficznego i kamery.

            Równocześnie Pasiewicz wykonywał performances w miejscach, gdzie niepodzielnie panowała przyroda. Stanowiła ona szczególne źródło inspiracji dla XIX-wiecznych romantyków. Np. obrazy Caspara Davida Friedricha uwrażliwiają odbiorców na potęgę natury. Malarz ukazuje pośród niej drobne, melancholijne postaci. Pejzaże dostarczały bodźców twórczych również impresjonistom. XIX-wieczni artyści nie ingerowali w środowisko naturalne, a tylko przetwarzali jego urok na płótnach. Dopiero XX-wieczni przedstawiciele land artu przestali traktować pejzaż jako punkt wyjścia do wykonania prac. Oni odważnie go przekształcali. Akcje Pasiewicza niosły w sobie analogiczne cechy: zachwyt urodą i siłą natury, a równocześnie naruszanie zastanego pejzażu. W lesie rozpinał on płótna pośród drzew i swobodnie chlustał na nie farbą, podobnie do reprezentantów action painting . Takie działania w otoczeniu miejskim nie wywołałby równie silnego efektu. Kontrast formował się pomiędzy tworem przyrody, a tworem artystycznym. Z drugiej strony, oba łączyło nieokiełznanie. Środowisko wpływało więc na emocje artysty i na sposób ich wyrażania.

Jego performances w 2014 r. nadal wyróżniało wyzwolenie instynktów. Akcje zostały wzbogacone o nowe elementy. Pojawił się w nich drugi twórca: zajmujący się tańcem lub aktorstwem. Nic dziwnego, skoro performance wywodzi się m.in. z działań teatralnych i różnego rodzaju widowisk. Tym razem pośród natury odbywało się widowisko malarsko-taneczne. Wirujący tancerz stawał się elementem wyjątkowego dzieła, tworzonego dzięki spontanicznemu ruchowi pędzli i ciał. Tak wyglądały kolejne „Arrhythmie”. W kilku z nich Pasiewicz postawił na działania pokrewne do Yves Kleina. Artysta ten pokrywał nagie ciała modelek farbą, po czym odbijał je na płótnie lub pozwalał kobietom na samodzielne nadawanie wyrazu „podobiznom”. W performances Pasiewicza „Arrhythmia nr 3” i „Arrhytmia nr 4” modelka była zawinięta w tkaninę, którą on malował farbą (nadal metodą action painting). Kobieta nie trwała w bezruchu, lecz prowadziła walkę z artystyczną materią. Kiedy się w nią zawijała, poddawała się jej (fot. nr 5). Kiedy się z niej odwijała, próbowała zwyciężyć. Rezultaty tych zmagań nie były jednoznaczne ani istotne. Liczyło się wyłącznie działanie, w które angażował się również plastyk. Ciała uwodziły siebie i przestrzeń poprzez ruch.

Sądzę, że miejskie mury są dla Pasiewicza środowiskiem równie naturalnym jak las. W akcjach z 2014 r. wciąż starał się podnieść ich rangę i nadawał im nowe znaczenia. Np. w performance „Lascaux” ściany pokryte nieestetycznymi napisami skojarzyły mu się z malowidłami w prehistorycznej jaskini. Zapalił pośród nich świece, nawiązując do rytualnego ognia. Z kolei w otoczeniu opuszczonych budynków podkładał ogień pod białe płótna. Ożywiał zrujnowaną przestrzeń, a zarazem odnosił się do jej rozpadu, dokonując aktu zniszczenia. Płótna nie spłonęły doszczętnie. Płomienie zostawiły niepowtarzalne ślady wypaleń. Przypominały one rezultaty stosowania surrealistycznej techniki fumażu, polegającej na zadymianiu i przypalaniu płynnej farby na podłożu. Wszelkie działania z ogniem przywodzą na myśl misteria religijne różnych kultur. Pasiewicz skorzystał więc z cech praktyk magicznych, czyniąc do nich rozmaite nawiązania. Jednak zamierzeniem prawdziwych rytuałów jest wpłynięcie poprzez obrzędy na realną rzeczywistość. Podstawę ich powodzenia stanowi wiara, że posiadają one taką moc. Performerzy wykorzystują tylko konwencję rytuału, bowiem ich akcje nie mają na celu wywołania podobnych skutków.

Łódzki twórca wszedł także w przestrzeń, która została już uświęcona przez ludzi – na teren dawnej synagogi na ulicy Rewolucji 1905 r. Do chropowatych ścian świątyni, z których łuszczy się farba, przykładał kartkę (fot. nr 10 i fot. nr 11). Pocierał ją grafitem i otrzymywał frotaż. Z metody tej często korzystali surrealiści, m.in. Max Ernst. Dzięki niej uzyskiwali oryginalne efekty. Poprzez utrwalenie faktur zaniedbanych murów synagogi Pasiewicz stworzył pewien frotaż pamięci. Jest on nieodłącznie związany z obszarem, w jakim powstał. Twórca przeniósł na kartki jego niepowtarzalne bruzdy i blizny. Mury – niemi świadkowie wydarzeń – tylko w taki sposób mogły mu przekazać pewne prawdy. Na przykładzie tych performances widać, jak ważna jest dla artysty specyfika sytuacyjna.  Ciekawe jest również to, że do zachwytu sferą sacrum dołączył zainteresowanie technikami surrealistycznymi.

Od połowy 2014 r. ponownie zmieniło się oblicze jego działalności. Wówczas pokornie poddał się wpływowi natury. W performance „The Harmony” zanurzył w wodzie własne ciało, pomalowane farbą. Dzięki temu oczyścił się zarówno ze znamion cywilizacji, jak i z tożsamości artystycznej. Latem las przestał być polem jego ekspansji. Pasiewicz zamienił się w element pejzażu, kładąc się pośród drzew. Dotykał przestrzeni takiej, jaką była i nie zmieniał jej.  Integrując się z nią, docierał do pierwotnych związków człowieka z matką naturą. Poprzez nie odnajdywał wewnętrzny spokój.

Powyższe doświadczenia wpłynęły na jego kolejne performances. W ostatnim kwartale 2014 r. i na początku 2015 r. w akcjach posługiwał się pewnymi przedmiotami. Jednak nie ingerowały one w  dane miejsce tak silnie jak tkanina pokrywana farbą. Twórca używał na przykład lustra („The Between Space”). Dzięki niemu las miał okazję „przejrzeć się” w tym, co wykonał człowiek. Naturalne oddziaływało na sztuczne i odwrotnie. Robert Smithson, jeden z reprezentantów land-artu, był pierwszym artystą, który zastosował zwierciadło w taki sposób. Odbijający się w nim pejzaż potraktował jako obraz efemeryczny. Pasiewicz poszedł tym tropem, tworząc własne obrazy efemeryczne. Lustrem zasłonił swoją twarz. Wówczas jego obliczem stały się  konary drzew. Innym „łącznikiem” twórcy ze środowiskiem było prześcieradło, w które zbierał grudy ziemi . Z kolei w styczniu 2015 r. ciszę zasypanego śniegiem lasu zakłócił delikatnym brzękiem strun gitary . Wówczas wrócił do nadawania przestrzeni pewnego rytmu, jednak nie dosłownego i znacznie bardziej subtelnego niż dawniej.

W działaniach performerskich Pasiewicz wykorzystuje więc potencjał miejsca, moc żywiołów, praktyki ezoteryczne – czyli cechy od wieków właściwe różnym formom ekspresji. Atawizm gestów i ich silny ładunek emocjonalny są stałym elementem jego twórczości. Artysta wciąż balansuje pomiędzy krzykiem, a ciszą. Nie mniej istotne jest czerpanie przez niego natchnienia z działań i technik przedstawicieli XX-wiecznej awangardy. Np. analogicznie do dadaistów i surrealistów docenia przypadek i eksperyment. Poprzez łącznie różnorodnych inspiracji i przetwarzanie ich w zgodzie z własną wrażliwością staje się twórcą postawangardowym. Jego subiektywny wybór jest konsekwentny. Każdy z performances zawiera cechy poprzednich i wpływa na kolejne. Jednak na styku tego, co zastaje artysta i tego, co kreuje sam bądź z udziałem innych, powstaje pewna magia okolicznościowa. Jest ona jedyna w swoim rodzaju.